członek:


  

GDA - Wskazane dzienne Spożycie
 
Dodatki do żywności
 
Trzymaj Formę !
 
Legislacja
Konferencja Znakowanie 10.2010
Sieci detaliczne
 pl   en             
 
Jesteś tutaj: strona główna > AKTUALNOŚCI

AKTUALNOŚCI
Deficyt nie jest receptą na gospodarkę
Balcerowicz, zdołał uświadomić elitom, że deficyt nie jest receptą na gospodarkę. Bo wielu ekonomistów mówiło, że będziemy się zadłużali, finansowali rozwój, a później z większej produkcji zwrócimy dług. Za przykład stawiano wiele krajów, które tak funkcjonowały. Spójrzmy, jak wyglądają dziś kraje nadbałtyckie, które rozwijały się w ten sposób ? - mówi prof. dr hab. Andrzej Kowalski, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej

Rozmowa z prof. dr hab. Andrzejem Kowalskim, dyrektorem Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej

 Co się zdarzyło w polskim sektorze żywnościowym od czasu naszej akcesji do UE?

- N
ie sprawdziły się obawy, głoszone przez niektórych przedstawicieli sektora rolno-spożywczego, że gdy przystąpimy do Unii to nastąpi początek końca polskiego agrobiznesu. Według wielu pesymistów miała nas zalać tania, wysoko dotowana żywność z Unii, a my, co najwyżej, mieliśmy być dostarczycielem surowca. Tak się jednak nie stało. Nasze saldo obrotu produktami rolno-spożywczymi,  było ujemne od 1974 roku aż do 2003 roku. Od 2004 roku saldo dodatnie z roku na rok podwaja się. Znaczy to, że poziom naszej samowystarczalności wzrósł.

Po drugie – poprawiła się struktura geograficzna naszego eksportu. Zdecydowaną część żywności sprzedajemy na rynek unijny. Jest to powód do dumy, bo to bardzo wymagający rynek. To pokazuje, że nasza żywność jest konkurencyjna jakościowo i cenowo. Co bardzo ważne, zmieniła się także struktura asortymentowa. W latach 90. naszym hitem eksportowym była kazeina i mleko w proszku, a więc niezbyt wyrafinowane produkty  przemysłu mleczarskiego. Dziś eksportujemy galanterię, jak sery dojrzewające, czyli produkty bardziej przetworzone. Mało kto  wierzył na początku tej dekady, że będziemy eksportowali duże ilości sera dojrzewającego do Holandii czy Francji. Stało się to faktem i jesteśmy poważnym konkurentem na tych rynkach.

Trzeci element – nie sprawdziły się prognozy, że obcy kapitał miał tworzyć na naszym terytorium zakłady, by „wykończyć” polską konkurencję. Dodatkowo,  miał niby wykorzystywać surowce pochodzące z importu. Okazuje się jednak, że wcale tak nie jest-  tylko tam, gdzie nie ma rodzimych surowców,  trzeba  posiłkować się importem. Staliśmy się nieoczekiwanie wielkim eksporterem… bananów po ich konfekcjonowaniu, a także czekolady, kawy, przetworów rybnych…

Łatwo sobie wyobrazić, jak wyglądałaby opłacalność produkcji żywności, gdybyśmy nie eksportowali 20 procent. Nie dość, że dostarcza to dewiz, pozwala na import nowych technologii, to zdejmuje również część produkcji z rynku.

To wszystko powoduje, że dochody ludności rolniczej, biorąc pod uwagę całe pięć lat, wzrosły w sposób istotny. Oczywiście rolnik, mając swiadomość tego, co stało się w 2009 roku, pewnie mógłby się zdenerwować słysząc to stwierdzenie. Bo, rzeczywiście, w 2009 roku przychody spadły, przy ciągle wysokich kosztach nawozów i środków produkcji. Ten spadek dochodów z produkcji jest wyrównywany wspomaganiem unijnym. Szacuje się, że w latach 2004-2009 ponad połowa wzrostu przychodów była efektem instrumentów Wspólnej Polityki Rolnej, a reszta wynika ze wzrostu produkcji i  cen.

Mimo tych pozytywnych trendów, ostatnio zarysowały się negatywne lub bardzo negatywne zjawiska jak problem produkcji trzody chlewnej, mleka,  produkcji zbożowej. Na to ma wpływ kryzys gospodarczy, czy też inne jeszcze czynniki?

- Nie ma jednobiegunowego spojrzenia na ten problem. Patrząc na 2009 rok, to przede wszystkim musimy uwzglednić kwestię kryzysu finansowego. Bo jeżeli przeszliśmy prawie suchą nogą przez kryzys, uzyskując prawie 2 proc. wzrost gospodarczy, to coś jednak znaczy...

Niektórzy twierdzą, że to właśnie jest oznaka słabości polskiej gospodarki, bo poziom jest rozwoju jest niższy, niż na Zachodzie. Nie przeprowadzono także ważnych reform... Gdybyśmy dziś mieli dynamikę minus 5-6 proc, to oznaczałoby, że nasza gospodarka reaguje podobnie jak zachodnia…

- Satysfakcja byłaby dla społeczeństwa i rządzących byłaby niewielka, gdyby okazało się, że mamy taki wynik, a wszystko byłoby wcześniej zreformowane i chodziło jak w zegarku. Czyli - operacja się udała, a pacjent umarł. Faktem jest, że nie wszystkie reformy są przeprowadzone. Na szczęście, tak krytykowany Balcerowicz, zdołał uświadomić elitom, że deficyt nie jest receptą na gospodarkę. Bo wielu ekonomistów mówiło, że będziemy się zadłużali, finansowali rozwój, a później z większej produkcji zwrócimy dług. Za przykład stawiano wiele krajów, które tak funkcjonowały. Spójrzmy, jak wyglądają dziś kraje nadbałtyckie, które rozwijały się w ten sposób ? Jasne, że można osiągać sukces gospodarczy idąc na skróty, tylko najczęściej są to sukcesy krótkotrwałe.

 Co zatem decyduje o sukcesie?

- W dłuższym okresie o powodzeniu sektora żywnościowego decyduje przede wszystkim wzrost PKB, który przekłada się na wzrost dochodów i wzrost zatrudnienia. Wszystko wskazuje, że w długim okresie, jakby nie wyglądała polityka, to przynajmniej 2/3 wzrostu sektora żywnościowego będzie wynikało ze wzrostu dochodów. Absolutnie nie zgadzam się z tezą, że można osiągnąć wzrost bez trwałych podstaw polityki finansowej i bez równowagi. Mimo kłopotów naszych partnerów zachodnich, spadek naszego eksportu żywnościowego był niewielki, poprawiło się saldo handlu zagranicznego. Spowolnienie musiało się jednak odbić na gospodarce. Wzrasta bezrobocie, następuje spadek dochodów i konsumpcji. Mają miejsce wymuszane oszczędności w zakupach konsumenckich, a także różne zachowania producentów. A zatem, kryzys gospodarek zachodnich musiał wpłynąć na spowolnienie w Polsce, na nasze dochody… Wpłynął jednak w mniejszym stopniu niż można było się spodziewać. Znowu okazało się, że nasz sektor żywnościowy jest dobrze przygotowany.

 Równolegle z tym ma miejsce bardzo zła sytuacja producentów zbóż, którzy pamiętają jeszcze boom cenowy z roku 2007, kiedy cena pszenicy dochodziła do 900 zł za tonę.

- W 2008 roku mieliśmy trudną sytuację, kiedy to ropa, gaz i wszystkie surowce podrożały, a w ślad za nimi, ceny środków do produkcji rolnej. Mieliśmy wtedy niewielkie przychody ze sprzedaży, natomiast koszty własne bardzo duże. Dziś, po tym boomie, przemysł zaczął nieco schodzić z cenami, ale trwa to bardzo powoli. Przyczyny obecnej sytuacji? Nieźle obrodziło zboże na całym świecie. Ale, znacznie ważniejsze było to, że w strukturze polskiej produkcji rolnej, dominują zboża plus rzepak. Kiedyś zjazdy partyjne zastanawiały się, jak załatwić, by rolnicy obsiali zbożami 7 mln ha i to się nie udawało. Teraz, bez żadnych uchwał obsiewa się prawie 9 mln ha. Konsumpcja w tym czasie o tyle nie wzrosła. A gdy za dużo, to muszą spadać ceny. I spadły… Rolnicy patrzą na politykę rolną, na dopłaty i ich decyzja jest prosta. Zboża przy najmniejszym wysiłku dają największy dochód. Produkcja zbóż wzrasta z uwagi na powiększający się areał. Bo ziemniaki zostały wyparte z uprawy, buraki wychodzą z produkcji, bo się zmienił reżim cukrowy. Na to wszystko wchodzą zboża. W efekcie jest nadprodukcja.

 W rezultacie mamy fatalną, jak nigdy, strukturę upraw rolnych

-  i gdy jest za dużo zboża, przeznacza się go na trzodę chlewną.

 W hodowli nie specjalnie to widać…

- Tak, bo pojawia się problem, że mamy i mięsa za dużo. Nie jesteśmy w stanie z różnych względów go spożyć. Powstała świńska górka. Bo wprawdzie wypadło z produkcji 100 tys. gospodarstw, dla których  hodowla stała się nieopłacalna, natomiast w ich miejsce następuje koncentracja produkcji. Ta górka ciągle rośnie. Po zmniejszeniu się liczby producentów wszystko wskazywało na to, że jest lepiej, bo także na Zachodzie dużo producentów zaprzestało hodowli. Poprawa trwała niecały rok. I znowu górka się pojawiła, bo coś z tym zbożem trzeba zrobić.

 Tym nie mniej ta „górka” jest bardzo niska, bo od szczytowego poziomu produkcji dzieli nas bardzo dużo.…

- W produkcji mleka od dwóch lat mamy huśtawkę: od nastrojów optymistycznych, że cena skupu będzie rosła i nie może być inaczej, do równie szybkich załamań- gdy spada opłacalność. Obecnie wydaje się, że rolnicy już mniej narzekają, bo ceny rosną. Na wiosnę zapewne optymizm ten znów „siądzie”. Zatem mamy do czynienia z dynamiczną sytuacją. . Jeszcze w maju 2009 roku największe ośrodki światowe twierdziły, że żywność tylko i wyłącznie będzie taniała.

Później szybko odtrąbiono koniec ery taniej żywności. Ścierają się bowiem dwie sprawy: demografia- a więc wzrost liczby ludności. Niekoniecznie przybywa tam, gdzie są centra produkcji i pieniądze. Z kolei, po stronie podaży jest też istotna zmiana- jeszcze niedawno nikomu do głowy nie przyszłoby, że Chiny będą z nami konkurowały w owocach miękkich. Gdyby ktoś odważył się w latach 90. powiedzieć, że Argentyna i Brazylia będą w eksporcie potęgą, to nikt by nie uwierzył; że Indzie staną się potężnym eksporterem zbóż…

 … że Rosja stanie się eksporterem pszenicy.

- Właśnie… 2-3 lata temu śmiano się, kiedy powiedziałem, że trzeba zwrócić uwagę na Rosję czy Ukrainę. Bowiem, jeśli my w ciągu dziesięciu lat staliśmy się potęgą mleczarską, to dlaczego Rosja, która ma znacznie lepsze zasoby glebowe niż ktokolwiek, nie sprawi niespodzianki?

Skoncentrowaliśmy się – i to chwała – na rynkach unijnych. Natomiast powinniśmy szukać rynków zbytu tam, gdzie będą największe efekty. Można wskazać na próby z Koreą, Japonią, ale na rynkach arabskich, w ogóle nie istniejemy… Aby tam zaistnieć, potrzeba spełnić całego szeregu wymogów nie tylko smakowych, ale również religijnych.

Nasze przewagi zaczynają wygasać. Bo czym konkurowaliśmy? Niższymi kosztami produkcji, będącymi efektem niższych kosztów płac. Nasze koszty coraz bardziej zbliżają się do tych z Zachodu i ta przewaga powoli wygasa. Proste rezerwy kończą się. Nie następują procesy konsolidacji, bo znacznie prościej naszym menadżerom jest konkurować na rynkach obcych między sobą, zamiast konsolidować się. Konkuruje się głównie ceną i kosztami, a efekty skali – czy nam się to podoba czy nie – są nie do przebicia. Nie ma postępów w konsolidacji w produkcji, ale i w prostych działaniach marketingowych. Wygląda to tak, jakbyśmy w pewnym momencie dali uśpić myśląc, że jest dobrze i odcinamy z tego kupony.

 Co ze sprawą pomysłów na polską gospodarkę żywnościową?

-  Nie oceniam historii, bo sam maczałem w niej palce. Przez długi czas transformacji musieliśmy łączyć dwa elementy – z jednej strony poprawiać produktywność, a z drugiej  godzić się na utratę części tej efektywności, wspomagając gospodarstwa niskotowarowe. Nie wyobrażam sobie, że wtedy, gdy bezrobocie w Polsce przekraczało 20 proc.,można było przynajmniej milion osób wypchnąć z rolnictwa. Bezrobocie wzrosłoby do 30 proc. Czy możliwe byłyby wtedy jakiekolwiek reformy czy działania?

 Konsekwentnie dla finansów publicznych i w ogóle do wszystkiego byłyby straszliwe…

- Skutki społeczne byłyby nieodwracalne. Bezrobocie to nie tylko brak pieniędzy, ale także ogromne skutki dla poziomu konsumpcji żywności, dla rozwoju… Nie ma tak naprawdę definicji gospodarstwa rolnego: mamy 2 mln gospodarstw notarialnych, a dopłaty unijne pobiera niecałe 1,5 mln. Na rynek sprzedaje 0,7 mln gospodarstw, a konkurencyjnych jest ok. 0,3 mln. Jeśli tak, to znowu nie mamy celu.

Nie potrafimy w sposób jasny i przejrzysty określić celów i priorytetów. Nikt nie chce podjąć poważnej dyskusji. Polityka rolna będzie się zmieniała. Jestem przekonany, że nie uda się obronić znacznej części dotychczasowej polityki rolnej.

Widzę trzy rozwiązania. Pierwsze: kontynuowanie tego, co jest. Jednak już widać, że  najwięksi zwolennicy, jak Francja, zaczynają już wybrzydzać. Na drugim biegunie jest całkowita liberalizacja. Słynne stanowisko brytyjskie mówi, że sektor rolny jest takim samym sektorem jak każdy inny i nie należy go wspierać. Pośrodku jest denacjonalizacja polityki rolnej.

Jesteśmy krajem na dorobku i musimy dojść do głównego peletonu. Najbardziej odpowiadałoby nam pozostawienie wielu instrumentów na dotychczasowym poziomie, z wyrównaniem dopłaty bezpośredniej, na takich samych zasadach, jak w starej Unii. A jeżeli nie, to już teraz dyskretnie powinna odbyć się dyskusja, czy właściwsza dla nas byłaby denacjonalizacja, czy całkowita liberalizacja. Jestem przekonany, że przy liberalizacji jest duża szansa, że Polska nie stanie na straconej pozycji- byliśmy najmniej chronieni, najmniej przyzwyczailiśmy się i nasze koszty są niższe. Największym niebezpieczeństwem jest to, że wielkie potęgi gospodarcze zaczną ze środków krajowych finansować rolnictwo. Do tej dyskusji nie jesteśmy przygotowani, święcie wierząc, że raz dana polityka rolna jest niezmienna.

A tymczasem potrzebna jest odpowiedź, czy na liberalizacji, czyli na zniesieniu kwot,  polskie mleczarstwo skorzysta czy straci? Wszyscy mówią, że cukier w Europie, w wyniku ostatnich zmian miał być tańszy, a tymczasem jest droższy. Świat szuka nowej równowagi. Trzeba było zachować dotychczasowy reżim cukrowy.  Na miejsce droższego cukru buraczanego nie weszły cukry z trzciny. W rezultacie rolnik stracił a klient nic nie zyskał. Taki jest finał unijnej reformy cukru. Trzeba rozeznać, jakie są potrzeby dzisiaj, jak będzie wyglądał światowy sektor żywnościowy za lat 10 i ukierunkować nasz rozwój.

Musimy bronić się do upadłego, by nie doszło do denacjonalizacji – nawet częściowej – Wspólnej Polityki Rolnej. Kraje bogate poradzą sobie i znajdą środki na wspomaganie swojego rolnictwa. Nam będzie bardzo trudno.

 Jest nadzieja?

- Są szanse nie wykorzystane. Potrzebny jest  pomysł – nie powielanie, nie narzekanie... Każdy region musi znaleźć pomysł na siebie.

Jeśli chodzi o przemysł- kończą się proste przewagi. Narzekamy na import, na sieci handlowe, a popatrzmy ile trzebaby było zainwestować w marketing, by polskie produkty znalazły się w europejskich marketach...

Potrzebujemy wizji, strategii i jej realizacji.

 (źródło: AgroTrendy, nr 2, luty 2010)


pełna lista aktualności

 

Komentarze

Dodaj komentarz


Członkowie PFPŻ

Dołącz do nas!
Kim jesteśmyStatut PFPŻZareklamuj sięMisja związkuKorzyściKomisjeStrukturaCzłonkowieBiuro zarząduDołącz do nasStanowiska20092008200720062005DziałaniaSeminaria i KonferencjeAktualnościWspółpraca międzynarodowaPublikacjeDla PrasyInformacje PrasoweFakty i mityPrzemysł żywnościowy w liczbachZarejestruj się
Zaprenumeruj biuletyn PFPŻ
dalej